:: upalny wylew zbiorczy

poniższy wpis powstawał długo, na raty, chaotycznie, bez jakiegokolwiek planu. brak tu tematycznego porządku; tytuł wpisu mówi sam za siebie...

za oknem wisi coś galaretowatego, coś (chyba) zawierającego powietrze lub jego namiastkę; pieprzone upalne noce i dnie, w ostatnich tygodniach wysysające resztki energii, oblepiające, unieruchamiające... łażę wszędzie z termosem do tereré i piję cały dzień lodowatą yerbę, na zmianę z zimną kranówą doprawioną sokiem z cytryny. tak mniej więcej ostatnimi czasy wyglądają dni u mnie. dziś jest już (w miarę) znośnie. wiatrak cicho szumi, HÄMND wydziera się w noc, prosto w noc. sludge-yerbowa wędrówka — byle dalej od lepkiego, rozgrzanego betonu...

***

mega długo nie udzielałem się tutaj, jak i w podziemiach “mojego” internetu, w protokole Gemini. inne miejsca (jak część Fedi-sfery, typu Mastodon) już dawno opuściłem i ani trochę nie tęsknię. decyzja o zniknięciu z aktywnego scrollingu w antisocial mediach (nawet jeśli są one free & open source) w jakiś pokrętny sposób rozluźniła mi łeb na tyle, by kompletnie zrezygnować z większości form internetowego przeglądactwa, zabierającego czas, generującego wkurwy wszelakie. w necie czytam pocztę i to, co subskrybuję poprzez kanały RSS. wystarczy.

jednak milczenie w ostatnim czasie było dosyć zagadkowym nawet dla mnie. nie będę na siłę doszukiwał się przyczyn; głowa kompletnie odmówiła mi współpracy w zakresie składania jako tako spójnych zdań i akapitów. pisanie po prostu nijak mi nie wychodziło, więc uznałem, że robienie tego na siłę jest kompletnie bez sensu. ograniczyłem się jedynie do pisania tekstów do (nomen omen) Chaosu w Mojej Głowie, z tej racji że były one o software'owych technikaliach odnośnie wolnego oprogramowania. mnóstwo tekstów, szkiców i innych strzępów wala mi się po kompie i w notatniku. niezbyt to uczesane, nie doprowadzone do względnego porządku, bezpańskie, tu i ówdzie nadgryzione i zostawione. nie wiem, ile zajmie mi ogarnięcie choćby części z owych tekstów. drażni ten burdel, zwłaszcza w przypadku kilku ważnych dla mnie kawałków. w szczególności nie mogę dojść do ładu z czymś, co od dawna swędzi gdzieś pod kopułą i domaga się wyjścia na zewnątrz. to takie fragmentaryczne “trochę czeskie”, patchworkowe opowieści nie mające specjalnie wyraźnego początku i końca. chcę je wpleść w kilka innych historii — co z tego wyjdzie, zobaczymy.

***

ostatnio przy okazji luźnej gadki ze znajomymi nt muzyki, próbowałem przypomnieć sobie pewien hipnotyzująco wspaniały kawałek, który pierwszy raz usłyszałem wieeeele lat temu w radiowej Trójce, w czasach przedpisowskich, zanim jeszcze rozgłośnia ta została ostatecznie zgwałcona i do dziś nie wylizała się z ran. nijak nie potrafiłem odnaleźć w zakamarkach głowy choćby małego tropu: jak się nazywała ta kapela? na jaką literę nazwa? może tytuł kawałka? nic. zero. męczyło mnie to dłuższy czas i chyba szatan czuwał nade mną, bo nagle mnie olśniło! LOTTO! warszawski skład, eksperymentalno-ambientowe kompozycje, klimat totalnie wyjątkowy! LOTTO — zapamiętajcie tę nazwę, jeśli lubicie noise'owe, ambientowe improwizacje!

mi konkretnie chodziło o utwór Rope, z krążka Elite Feline — 20-minutowy totalnie hipnotyczny, minimalistyczny odjazd, który zafascynował mnie na tyle, że po odsłuchaniu tego kawałka w radio, męczyłem go nieustannie kilka ładnych tygodni. Rope, to obłędna pętla z dwóch, trzech dźwięków. konstrukt tej kompozycji (bo nazwanie tego piosenką byłoby kompletnie nietrafione) bazuje na minimalistycznej linii, wokół której nieśpiesznie, gęsto gromadzą się okruchy... powoli. naprawdę powoli.

<a href="https://lottoband.bandcamp.com/album/elite-feline">ELITE FELINE by LOTTO</a>

ta dźwiękowa uczta wgniotła mnie w ziemię podobnie jak pierwszy raz usłyszane niegdyś kawałki NEUROSIS, czy COUNTERBLAST (choć to nie ten ciężar, nie ta waga). Elite Feline, to album z dwoma utworami; wspomniany Rope oraz (bliźniaczo długi) Pointing to a Marvel. razem tworzą one spójną, hipnotyczną całość; interpretacyjna moc tego albumu i to, jaką przestrzeń dają nam te ograniczone do absolutnego minimum dźwięki, naprawdę zachwyca! tej płyty należy słuchać nocą, przy otwartym oknie. reszta “nastrojowych gadżetów” zależy wyłącznie od waszej osobistej inwencji. mnie ta płyta rozwaliła przecudownie!

***

tego roku lato nas nie rozpieszcza, tym bardziej jeśli chodzi o temperaturowy rollercoaster. tak, czy inaczej, yerba mate rządzi, zwłaszcza w tak pojebanie upalne dni jak obecnie! zakochałem się w tereré dawno temu, ale tego lata piję zimną yerbę codziennie, do późnego wieczora. wychodzi tego ok czterech zasypań (nie licząc pierwszego porannego na ciepło) — jest to więc ok. 30 zalań dziennie (sic!). taszczę wszędzie ze sobą 2.5-litrowy termos z lodem i wodą, guampę z bombillą i mate. co warte podkreślenia, tereré orzeźwia i chłodzi zupełnie inaczej, niż zimna mineralka, albowiem zawiera w sobie całe stado witamin, mikroelementów, antyoksydantów i wszelkiego dobra dla naszych flaków oraz dobrego samopoczucia.

jeśli chodzi o siorbanie na ciepło, nieodmiennie pozostaję fanem Paragwaju. mate dymna, pylasta, z pancerną goryczką, to ta, którą lubię najbardziej; na co dzień gości u mnie Campesino, Pajarito, Kurupí, Fede Rico, La Bombilla, Ruvicha — moje ulubione. polubiłem również yerby typu PU1, a więc brazylijskie, ale przeznaczone na rynek urugwajski (Urugwaj, mimo że spożywa najwięcej yerby na świecie, w ogóle jej nie produkuje — paradoks). bezpatyczkowe, baaaardzo sypkie, delikatne w smaku, ale mega pobudzające i długo wypłukujące się.

piszę o yerbie głównie dlatego, że piję ją od ponad 20 lat, a w ostatnim roku bardzo często. i częste picie mate bardzo wspomaga moje leczenie; zauważalny jest wpływ zawartych w yerbie mikroelementów i przeciwutleniaczy na gojenie się ran. przyjemne z pożytecznym zatem.

***

po operacjach obu oczu i dopasowaniu okularów nastąpiła u mnie czytelnicza eksplozja. mojej radości nie było końca! możecie wyobrazić sobie jak wyglądała kolejka rzeczy do przeczytania po długiej przerwie od czytania. ostatnio zrobiłem małe podsumowanie tego, co od początku roku już pochłonąłem. tradycyjnie nie czytam wiedziony recenzjami i nowinkami wydawniczymi (z ewidentnie małymi wyjątkami, jeśli coś konkretnego naprawdę leży w obszarach moich zainteresowań), zatem nadrabiałem zaległości głównie z beletrystyki, non fiction, twardej SF/cyberpunka oraz historii.

pomimo tego, że czytam dużo, codziennie, intensywnie, wciąż rosną stosy rzeczy oczekujące na przeczytanie. to już się chyba nigdy nie zmieni.

jeśli chodzi o prasę, olałem kompletnie dzienniki (oprócz śląskiego Dziennika Zachodniego, po który sięgam wyłącznie w weekendy), z tygodników czytam tylko lokalną Kronikę Beskidzką i Głos Ziemi Cieszyńskiej. oprócz tego: Nowa Fantastyka, Literatura na Świecie, Książki, Ruch Muzyczny i (sporadycznie) Odrę. dokarmiam się również podcastami analitycznymi i kanałami RSS

mimo tego, że radykalnie ograniczam dostęp do mojej głowy zalewowi gówna z zewnątrz i mocno selekcjonuję źródła informacji, nie mogę opędzić się od wrażenia, że NADMIAR jako taki charakteryzuje w dużej mierze każdą naszą próbę dotarcia do potrzebnych nam informacji. nie chodzi tutaj wyłącznie o codzienny terror breaking news — zjawisko to ma swoje odzwierciedlenie również na rynku literackim. większość tzw. “księgarń”, to raczej sklepy z zabawkami, błyskotkami i kryminalno-obyczajowo-fantasy makulaturą. tzw. pisarki i pisarze (z drobnymi wyjątkami) rozpoznawani w przestrzeni publicznej, coraz częściej odjeżdżają w astralne przestrzenie spierdolenia, albo w tempie AI trzaskają 373986-tą część jakiegoś tam “cyklu”, byle opchnąć to gdzie byle, dopóki ktoś jeszcze sięga do “koszy z literaturą” (jakie to znamienne! heheheh) w supermarketach. szybciej, szybciej!

tam gdzie ciut niszowo, jeszcze nie jest tak tragicznie. zresztą nie jestem czarnowidzem, jeśli chodzi o literaturę i non fiction. literatura da sobie radę i my, jako czytelnicy:czki również. wcale mnie owa niszowość nie jara, ale w PL, gdzie czytelnictwo wciąż jest egzotyką i szoruje po dnie, siłą rzeczy wpada się w niszę już przez sam fakt taszczenia ze sobą książek / czytników i pochłaniania kolejnych tomów.

***

kolejne wpisy powinny już wyglądać po ludzku; chcę unikać takiej wielotematycznej zlewni..

··· podkład muzyczny: NEUROSIS, CANCER BATS, KRABATHOR, STIFF LITTLE FINGERS, HOPE?, GRAVE

 

|discrust